piątek, 14 października 2016

Dziabnięty Bimbrem cz.1

Powróćmy wspomnieniami na chwilę do Cieszanowa. W tym roku Rock Festiwal wyjątkowo się udał, pod każdym względem. Już z niecierpliwością czekam na kolejną edycję. 
W przeddzień całej imprezy udało mi się przeprowadzić wywiad z wyjątkowym zespołem. Nie dość, że każdy z tej piątki jest bardzo przystojny i zasługuje na mocne  9/10, to w dodatku grają rewelacyjnie, a na ich koncertach nie można się nudzić. Szczerze to już dawno nie byłam tak podekscytowana wywiadem, nie mówiąc już o koncercie. 
Panie i Panowie, Nocny Kochanek! Jeśli kiedykolwiek słyszeliście, że ktoś szukał Andżeja, to właśnie przez moich dzisiejszych bohaterów. 
Goście, którzy jako pierwsi na polskiej scenie docenili osoby leworęczne, stworzyli swoją idealną szkołę, niestety tylko w utworze, skrytykowali dziewczyny o nadmiernym owłosieniu, docenili ten jedyny dzień w tygodniu, na który każdy z nas czeka i ten upragniony okres każdego ucznia. Po prostu Hewi Metal Pany!
Ten, kto jeszcze o nich nie słyszał powinien najpierw dostać porządnego liścia w twarz, a później jak najszybciej nadrobić zaległości.
Przez te kilkadziesiąt minut trochę ich pomęczyłam, a na pytania odpowiadał mi cały Nocny Kochanek w składzie: Krzysiek Sokołowski, Arek Cieśla, Robert Kazanowski, Artur Pochwała i Tomek Nachyła. 

- Gdybyście mieli się porównać do jakiegoś zespołu, to czy byłby to amerykański Steel Panther?
- Krzysiek: Happysad! Gdybyśmy mieli się porównać, to ciężko jest określić jeden zespół. Na pewno ja bym się skojarzył z Iron Maiden ze względu na jakąś tam sferę muzyczną. 
- Arek: To zależy czy porównujemy się muzycznie czy lirycznie.
- Artur: Powiem tak, jesteśmy oryginalni!
- Krzysiek: Jeśli chodzi o sferę muzyczną to wielu kojarzy sobie wspomniane Iron Maiden, Judas Priest albo Bon Jovi (śmiech). W każdym razie coś na pewno ciężkiego. Natomiast jeśli chodzi o sferę liryczną to pojawiają się takie skojarzenia jak Steel Panther, tak jak powiedziałaś, Tenacious D, a może i Big Cyc. Nie no, ciężko jest się porównać do jednego zespołu.
- Arek: Tacy metalowi Figo Fagot.
- Krzysiek: No właśnie!

- Jak wspominacie przygodę z Kapitanem Bombą i "Minerałem Fiutta"? Można powiedzieć, że to dzięki Bartkowi powstał Nocny Kochanek?
- Krzysiek: Tomek wczoraj oglądał pierwszy raz.
- Arek: Nocny Kochanek powstał trochę wcześniej, bo był w serialu, ale rzeczywiście przy jego filmowej wersji wyszedł na świat "Minerał Fiutta".
- Krzysiek: Artur kiedyś złapał kontakt z Bartkiem Walaszkiem i on zaproponował, żeby nasza muzyka pojawiła się w jego kreskówkach, jeszcze z Night Mistress. No, zgodziliśmy się!
- Arek: A potem zaproponował nam autorski kawałek do filmu pełnometrażowego.
- Krzysiek: Razem z Piotrkiem Połaciem, czyli pierwszym, albo drugim, jak kto woli z Braci Figo Fagot napisali tekst do Minerału Fiutta, pamiętajcie o podwójnym "t", bez bezeceństw i  zrobiliśmy muzykę, wszystko poszło dość szybko i sprawnie. Właściwie chyba pierwszy raz zrobiliśmy odwrotnie, że najpierw był tekst, a później zrobiliśmy do tego kawałek, zazwyczaj jest odwrotnie. Ale jeśli chodzi o sam Minerał, bo jak zwykle odbiegamy od tematu jak zazwyczaj robi to nasz wokalista. Jeśli chodzi o taką wersję skróconą i bezpośrednią to miło wspominamy.

-  Nie macie czasem takiego wrażenia, że Wasze utwory są lekko przesadzone? Mam na myśli Łukasza Kruczka.
- Krzysiek: Ale zaraz, chłopina kiepsko skakał, a my go wychwalamy w utworze, to nie jest przesada. 
- Arek: Stawiamy mu pomnik!
- Artur: Cytując Kazona "Dzięki nam miał swoje pięć minut".
- Krzysiek: Ale dobrym był skoczkiem? No średnim.
- Arek: Ale trenerem był dobrym. 
- Krzysiek: Każdy myśli, że my się nabijamy z chłopa, nie, niech ma swoje miejsce. Mało tego, ja jakiś czas temu wchodziłem na Wikipedię i czytałem o tym Kruczku i w Wikipedii napisali, że my o nim śpiewamy. Ale poczekaj, pytanie było czy przesadzamy. Tak, ale z Łukasza się nie śmiejemy. 
- Kazon: Żaden z tych tekstów nie powstał tak sam z siebie, to życie pisze teksty.
- Krzysiek: To mi się kojarzy, jak w Internecie był filmik, jak dzik wybiegł z morza. Bartek Walaszek udostępnił to na swoim facebooku i podpisał " I po raz kolejny życie napisało scenariusz do Blok Ekipy". 

- Jak myślicie, czyja lub czego jest to zasługa, że tak lgną do Was dziewczyny?
- Kazon: To znaczy ja myślę... Do mnie nie lgną 
(właśnie w tym momencie cały zespół wybuchł śmiechem :D) 
- Arek: My po prostu jesteśmy piękni, co tu dużo mówić.
- Krzysiek: Zaskoczyłaś nas tym pytaniem i teraz musimy udawać, że jesteśmy skromni. Wydaje mi się, że lgną za mało.
- Arek: Ja też tego nie odczuwam. 
- Krzysiek: Znaczy, żeby nie było, że jesteśmy jacyś ograniczeni, bo chłopaków tez lubimy i też chcemy, żeby przychodzili na koncerty, ale zauważyliśmy inną tendencję. Co się rzadko zdarza w muzyce heavy metalowej, że bardzo dużo dziewczyn przychodzi na te koncerty i nie wiemy skąd to się bierze. Podejrzewamy, znając naturę dziewczyn, że chodzi o teksty, na przykład o owłosieniu czy o miłości. 
- Arek: Tak, ostatnio myślałem, że wyglądamy jak taki metalowy boysband.
- Artur: Prawda jest taka, że mamy polskiego Justina Biebera w zespole.
- Krzysiek: Tak, Kazon.

- To pochwalcie się, ile staników już złapaliście na koncertach?
- Arek: A ze cztery były. Ale były jeszcze osrane majtki i to kobiece.
- Krzysiek: Ale to jest autentyk.
- Arek: Tylko nie zauważyliśmy na początku i Krzysiu wsadził sobie te gacie w majtki. 
- Krzysiek: Ja myślałem, że to jest jakiś tam wzorek. Później dziewczyna się tłumaczyła "słuchajcie chłopaki, jak Was zobaczyłam to się posrałam ze szczęścia".
- Kazon: A może one były czyste jak wsadzałeś je w swoje gacie?
- Krzysiek: A mogły być czyste.
- Arek: To by była trochę podejrzana sprawa, bo Ty je z przodu wsadziłeś. 
- Krzysiek: A tak na serio to nie liczymy tego. Ale możemy powiedzieć, że raz dostaliśmy stanik i jak dołączył do nas Tomek to mu pokazaliśmy ten stanik. Kobieta, miała cycki większe niż Artur głowę, a Artur ma największą głowę w zespole. W sensie głowę, nie główkę. W każdym razie, my do dzisiaj wspominamy tę laskę od tego stanika i to nie były takie najfajniejsze cycki jakie widzieliśmy w życiu. Ale stanik robił wrażenie. 

- Po występie w serialu Korpo jako Agrochuje nie myśleliście, żeby założyć swój kanał z takimi różnymi śmieszkami?
- Tomek: Ja mam dużo pomysłów.
- Arek: Jeśli chodzi o Agrochuje to nie był nasz pomysł, a reżysera Korpo. A jeśli chodzi o kanał to myślimy o tym, bo to jest podobno modne teraz.
- Kazon: Tomek będzie komponował "Gotuj z Kochankiem". Każdy z nas jest miłośnikiem jakiś tam potraw i alkoholi.
- Krzysiek: Tak, będzie gotował alkohole.

- Myślicie, że właśnie w Cieszanowie znajdziecie Andżeja?
- Artur: Nie.

- Arek: Jak go znajdziemy to nie będziemy mieli po co grać.
- Krzysiek: To jest tak samo jak z tym króliczkiem, którego trzeba gonić, a nie wolno go złapać. Tak samo jest z Andżejem i mam nadzieję, że nam się nigdy nie ujawni. Szukaliśmy w całym kraju. Nie da się chłopina złapać. 

Ogromnie dziękuję chłopakom za poświęcony mi czas, przemiłą atmosferę i wyczerpujące odpowiedzi. Grajcie dalej i nawet nie ważcie się przestać!
Zapraszam do przeczytania innych postów. :)

niedziela, 9 października 2016

Magiczne lata 60.

Każdy lubi sobie usiąść w takie jesienne wieczory z herbatką lub czymś mocniejszym i powspominać stare czasy, tak też zrobiłyśmy z moją rodzicielką. Ja z racji wieku mogę sobie powspominać najwyżej podstawówkę albo czasy przedszkolne, ale moja mama ma już w tym temacie więcej do powiedzenia. 
Wybrałam sobie dekadę, której nikt z dwójki moich życiodawców nie pamięta, bo nawet nie było ich w planach moich dziadków. Jak zwykle trzy przeboje przedstawione poniżej cały czas można usłyszeć w dobrej stacji radiowej. 
Za każdym z trzech panów, którym poświęcę kilka zdań szalały kobiety w różnym wieku. Porównywać ich do kogokolwiek z obecnej sceny jest grzechem. Nie jeden stanik i nie jedne reformy na swoich występach złapał kanadyjski wokalista, o nieprzeciętnej urodzie Paul Anka. Jedną z pierwszych piosenek jakie nagrał była właśnie "Diana". Jak wszystko w tamtych czasach i ten utwór jest o miłości, tylko szkoda, że nieszczęśliwej. Nasz pierwszy bohater, szesnastoletni Paul zakochał się w starszej od siebie tytułowej Dianie, który była jego opiekunką. To trochę smutne, że kilkanaście lat temu różnica trzech lat w związku to była taka ogromna przeszkoda. Ale te czasy się zmieniają! Jednak gość ma głęboko gdzieś co inni sobie pomyślą i pewnie dalej ją będzie nachodził. Ciekawe co się stało, gdy opiekunka straciła pracę. Pewnie gdyby Paul napisał ten kawałek w dzisiejszych czasach, po utracie roboty jego ukochanej, mógłby golić sobie żyły, czy wyjść z domu na Magika. Jak widać ludzie w latach 60. byli nieco bardziej ogarnięci niż teraz, a Pan Anka żyje sobie spokojnie i ma się dobrze.
Mój następny bohater również żyje i ma się dobrze, a jest nim amerykański wokalista żydowskiego pochodzenia Neil Sedaka, który przeżywał swoje pierwsze rozterki miłosne gdy był w moim wieku. Również w latach, gdy stał się dorosłym mężczyzną, przynajmniej w dowodzie, zaprezentował światu kawałek "Oh Carol". Gość, jak widać na nagraniu potrafił wyrywać dupeczki hipnotyzującym spojrzeniem. Nie jeden z facetów dałby się pokroić za taką umiejętność! Co z tego, jak talentów jest masa, a kobieta, którą kocha go nie chce. Kolejna piosenka o nieszczęśliwej miłości, gdzie kobieta traktuje biednego Neila jak powietrze, nie mówiąc brzydko, śmiecia, ale on też nie jest bez winy. Śpiewając taką piosenkę miłości swojego życia potwornie gra na emocjach kobiety. Postawmy się w sytuacji kobiety. Przychodzi do Ciebie gość i mówi "jeśli mnie opuścisz, umrę". Kobieta zmięknie i koniec, po jakiejkolwiek prawdziwej miłości. Podsumowując chora sytuacja z obydwu stron, powinni się delikatnie mówiąc leczyć. 
Na koniec facet, o którym nie możemy powiedzieć, że ma się dobrze, bo po prostu nie żyje, od ponad roku. Amerykanin z krwi i kości Ben E. King zostawił po sobie piosenkę, która jest swoistym wyznaniem miłości, czyli "Stand By Me". Na szczęście kończymy pozytywnym akcentem. Jako dwudziestoczteroletni mężczyzna był już nieco bardziej doświadczony niż jego poprzednicy, o których przeczytałeś/łaś wcześniej. Nareszcie znalazł miłość swojego życia i zamierza być z nią na dobre i na złe, w zdrowiu i chorobie, przy apokalipsie zombie czy przy wybraniu Trumpa na prezydenta Stanów Zjednoczonych.
Która z nas, dziewczyny, nie marzy o takiej miłości? Ciekawostką jest, że trzeci wers drugiej zwrotki to fragment psalmu. "Albo góry miałyby wpaść do morza" idealnie określa wielkie uczucie jakie jest pomiędzy tymi młodymi ludźmi. Krótko mówiąc, coś pięknego!
Tak oto kończy się moje małe podsumowanie lat 60. Wszystkie powyższe utwory znajdują się na jednej ze składanek "Evergreen Melodies", którą to znalazłam, gdy kurzyła się na półce. 
Zapraszam do przeczytania innych postów. :)

czwartek, 6 października 2016

Tylko jeden temat: Marysia

"Marysieńko" - uwielbiam jak tak ktoś do mnie mówi. To imię jest dość popularne w kraju, a w szczególności jest nadawane dziewczynom jako drugie imię. Sama jestem jego szczęśliwą posiadaczką i jestem z tego niezwykle dumna. Jednak nie będę się rozpisywać tylko o tym jak kto się nazywa, ale też o niechlubnej nazwie jednego z narkotyków. Nie będę się bawić w moralizatora, bo każdy ma swój rozum i wątpię, żeby ktoś posłuchał się jakiejś tam Moniki z internetów. Narkotyki są złe i jeśli myślisz, że jeden raz nie zaszkodzi i jesteś w stanie zerwać z nałogiem od tak, to muszę Cię rozczarować, ale jesteś w błędzie. 

Zacznijmy od tej przyjemniejszej części, czyli od imienia Maria, a raczej od piosenki, której tytuł odnosi się do mnie. Nie, nie chodzi mi o utożsamianie się z jakąś świętą, bo jestem ateistką, a raczej o moje kolejne imiona. Patrząc na wiek moich czytelników niewielu z Was będzie kojarzyć niemiecką piosenkarkę euro disco i pop Sandrę. Uznawana za najładniejszą kobietę w latach 80. wypuściła kawałek "Maria Magdalena", który jest błaganiem napalonej dwudziestolatki. Większość piosenek jest o wiele lepszych, kiedy nie wiesz o czym one są. Cały euro pop skupiał się na miłości tej duchowej jak i cielesnej, więc w tym przypadku nie jest inaczej. Cała impreza ma miejsce prawdopodobnie na jakiejś scenie, gdzie w tle zauważamy pozostałości po marnym przedstawieniu szkolnym, a zespół ma do dyspozycji tylko trzy kamery, co w tamtych czasach było uznawane za bogactwo. Od samej wokalistki bardziej ekspresyjny jest gość stojący tuż za nią, który ukradł Sandrze cztery wersy w refrenie. Nie zmienia to faktu, że gdyby nie on całość byłaby mdła. 

No dobrze, była mowa o naszych zachodnich sąsiadach więc czas przenieść się do Polski. Na tapecie zespół o trochę dłuższym stażu niż powyższa wokalistka, ale przede wszystkim znany każdemu. Warszawski Kult z Kazikiem Staszewskim na czele zaledwie siedem lat temu spłodził płytę Hurra!, a na niej pojawiła się piosenka, którą uwielbiam. "Marysia" czyli czarny sen każdego faceta odwiedzającego klub go-go w Tajlandii. Który z Was, faceci chciałby trafić na taką Grodzką w klubie? No chyba nie ma nikogo takiego. Pozostajemy w temacie miłości, a raczej niepewnej miłości. Są to rozterki młodego mężczyzny, który nie jest pewny płci swojej obecnej partnerki. Ciekawe jakie to jest uczucie, kiedy nie wiesz, czy spotykasz się z Marysią czy Marianem. 

Od teledysku może się trochę zakręcić w głowie i to nie dlatego, że jest tak rewelacyjny chociaż nie można się do niczego przyczepić, bo jest mega pomysłowy, ale dlatego, że kamera specjalnie kołysze się na wszystkie strony, przez co czuję się jak na kiepskim statku. Interpretację całości pozostawiam Wam i mam ogromną nadzieję, że Kazik jeszcze nie raz nas zaskoczy tak jak z ostatnim "Madrytem".

Ostatnią pozycją na mojej liście o temacie imienia Maria jest uzależniająca piosenka tak samo jak
produkt w niej prezentowany. Zostajemy w Polsce i przenosimy się do Krakowa. Kiedy Kult wypuścił swoją Marysię, Ganja Mafia miała plan jak podbić serca gimnazjalistów. Kilka lat później na głośnikach nawet u mnie w szkole leciał kawałek "Pole Marysi". Tak jak sugeruje nam nazwa zespołu i tytuł mamy do czynienia z marihuaną, która będzie się wylewać, a raczej każdy ją będzie kruszyć. A tak w skrócie, całość to definicja dobrej imprezy, alkohol, dziewczynki, zielone. Czego chcieć więcej? Panowie zasługują na oklaski jeśli chodzi o teledysk, chociaż ma już trzy lata to dawno nie widziałam czegoś tak dobrego u grupy hip-hop'owej, a sam humorystyczny początek jest naprawdę fantastyczny. 
Kończymy na narkotykach, można o tym pisać bardzo długo, tylko po co. 
Pozdrowienia dla wszystkich Marysiek!
Zapraszam do przeczytania innych postów. :)

wtorek, 23 sierpnia 2016

Dwa lata i Wojtek Szumański.


Nigdy nie myślałam, że spotkam tego Pana nie mówiąc już o wywiadzie. Gość jest ode mnie niewiele starszy, a już dawno podbił internet swoimi cyckami. I nie, nie mam tu na myśli gołych fotek. 
Dziewczyny na jego widok ściągają reformy przez głowę, niektóre mdleją, tylko on sam tego nie zauważa. 
Wojtek Szumański, autor "Ballady o cyckach" zawitał na moim blogu w ten ważny dla mnie jubileusz. Już od dwóch lat umieszczam swoje marne wypociny i co jest najlepsze, ludzie to czytają. 
Dlaczego wybrałam tego sympatycznego gościa na post w tak ważnym dla mnie dniu? On też zaczynał od zera, wybił się i teraz koncertuje. Nikt inny tutaj nie pasuje. 
Jego najsłynniejszy utwór o cyckach, który ma trzy części śpiewa każdy facet w okresie dojrzewania, "Piosenkę o złym Mikołaju i niegrzecznych dziewczynkach" usłyszałam na Sylwestra w wykonaniu mojego kolegi, a marzę o "Betoniarce" zaśpiewanej pod balkonem. Takie romantyczne marzenie. 
Czy można Wojtka określić jednym słowem? Zdecydowanie nie, a dowód na to znajdziecie poniżej.

- Przez te kilka lat swojej działalności masz już sporo popularnych dzieł na swoim koncie, czy jest jakaś piosenka, z którą najbardziej się utożsamiasz?
- Nie wiem czy z jakąkolwiek. Ciężko mi powiedzieć, z którą się utożsamiam, nawet trudno się utożsamiać w stu procentach z “Balladą o cyckach”, bo to jednak jest jakaś kreacja. To nie jest tak, że chodzę po mieście i łapię wszystkich za cycki albo jedyne o czym myślę to cycki. Chociaż myślę często. Oczywiście żartuję. Nie wiem i chyba nie potrafię powiedzieć, że z którąś piosenką się tak w stu procentach utożsamiam. Jeśli chodzi o jakieś emocje to najwięcej włożyłem w “Tylko ja”. Nie chcę powiedzieć, że był to utwór mega poważny, bo nie był. Bardzo dużo ludzi mi pisało, że to jest bardzo pocieszające, nie jestem kimś kto ma budować w ludziach nie wiadomo jakie emocje, ale po tej piosence sporo osób odezwało się, że nie czuli się tak samotni, tak jak się czują na co dzień i taki odzew to było coś niesamowitego. Tak jak cieszyłem się z “Ballady o cyckach” jak ona strzeliła w ten internet i to co się działo było nie do ogarnięcia, tak jak wypuściłem “Tylko ja” to dla mnie ten odzew był niespotykany, pomimo tego, że nie był taki duży jak te cycki, ale był taki szczery. Po prostu jeśli ten utwór potrafił wywołać w kimś duże emocje, że się właśnie utożsamiał z tym utworem, że komuś zrobiło się lepiej przez to, że po prostu poczuł się przez moment szczęśliwszy to dla takich ludzi warto tworzyć. Chyba nie stworzyłem drugiego takiego utworu, który by aż tak działał. Mam nadzieję, że na płycie takie będą. Pisząc “Tylko ja” nigdy nie myślałem, że taki będzie odbiór i nie celowałem w taki odbiór. To miało być po prostu zabawne, nie miało być w tym jakiejś metafory przemijania ani bólu egzystencji, tylko miało być to, co jest w tekście. Łatwe, proste i przyjemne, chociaż nie mnie to oceniać, ale miało być.

- Na pierwszy rzut oka wydajesz się bardzo nieśmiałym facetem, więc skąd pomysł na “Piosenkę o złym Mikołaju i niegrzecznych dziewczynkach”?
- Na pewno w realu Mikołajem nie jestem, ale chciałem napisać jakąś świąteczną piosenkę, wrzucić ją sobie na YT i tak zrobiłem. Nie ma w tym jakiejś głębszej filozofii, że teraz idę kontemplować pod drzewo, tylko jak coś mi wpadnie do głowy to tak robię.

- I tak samo było z piosenką “Nie mam siusiaka”?
- Dokładnie tak. Piosenki są spontaniczne, czasem wezmę sobie gitarę, czasem spodobają mi się jakieś akordy. To po prostu przychodzi.

- Nie myślałeś o parodii jakiejś bardzo popularnej piosenki?
- Tak, wiele razy. Nigdy nie chcę mówić, ze na pewno tego nie zrobię, ale na pewno nie mam tego w planach jak na razie, nie wiem, może jutro zmienię zdanie. Zbudowałem ten kanał na takich autorskich rzeczach i tak chce działać. Teraz mamy płytę, ja muszę zrobić ten teledysk, właściwie robię go cały czas i skupiam się na tym. Nie myślę o tym co będzie. Cyber Marian zawsze powtarza taką sentencję i ja się jej bardzo trzymam w życiu “martwmy się etapami”.

- Do swoich utworów tworzysz teledyski w paintcie, skąd taki pomysł? Czy to była inspiracja “The Coconut Song”?
- Ja nie mogę powiedzieć, że to była jakaś inspiracja w sensie, że zobaczyłem to i powiedziałem, że muszę tak zrobić, bo ja robiąc “Balladę o cyckach” w ogóle nie ogarniałem YT. Zanim zrobiłem balladę to nie miałem pojęcia o tym co się dzieje na YT, jak to wszystko wygląda, po co są te suby i tak dalej. Miałem jakieś tam suby, ale kompletnie na to nie zwracałem uwagi, było mi to obojętne, zresztą teraz też się o to specjalnie nie martwię, ale wiadomo, chciałbym mieć jak najwięcej. Nie ubolewam, że mam mniej niż ktoś ani nie czuję się lepszy jak mam więcej niż ktoś. Szczerze to teledysk paintowy to nie był mój pomysł, to był pomysł mojej siostry. Pamiętam, że “Balladę o cyckach” grywałem sobie na różnych imprezach i widziałem, że ludziom się podoba, ale nigdy wcześniej nie robiłem czegoś takiego nie chcę powiedzieć odważnego, bo to nie jest niewiadomo co. Bałem się to wrzucić, w ogóle wtedy nie byłem popularny, głównie ci, co mnie wtedy oglądali to moi znajomi, rodzice i nauczyciele z liceum. Taka myśl, żeby wrzucić balladę to jakiś absurd, to sobie napisałem i gdzieś tam było, ale nigdy nie chciałem tego publikować. Z siostrą mieliśmy taką paczkę znajomych, gdzie grywaliśmy na gitarze, jak ktoś tam coś napisał to grał przed wszystkimi. Siedzieliśmy przy ognisku, piliśmy, było fajnie po prostu. W końcu siostra mi powiedziała, żebym stworzył taki paintowy teledysk. Napisałem piosenkę, później minął dzień czy dwa i ją nagrałem, a później upłynęło pół roku i zrobiłem teledysk. A potem był boom. Świat płonie, nie wiedziałem co się dzieje.

- Wszyscy YouTuberzy nagrywają Q&A, Ty robisz to w rymowanej formie jako SzumShow. Dlaczego wybrałeś taki styl.
- Chciałem stworzyć taki program, który pozwolił mi na regularność na kanale, co oczywiście mi nie wyszło, jak zawsze. To tylko dlatego, że po raz kolejny porwałem się z motyką na słońce, myślałem, że będę sobie tak to robił, przecież mi to łatwo przychodzi, ale z drugiej strony realizacja tego programu to masakra jeśli chodzi o czas i zaangażowanie, bo to jest niesamowicie angażujące. Na czas robienia teledysku czy SzumShow jestem totalnie wyłączony od świata, nie mam kontaktu z nikim i tylko czasem zadzwonię do dziewczyny, żeby zapytać się “Co tam?” i tyle. Jeśli chodzi o SzumShow, zacząłem to robić w wersji rymowanej, bo przychodzi mi to łatwo, po prostu już robię to tyle lat, że mam w tym wprawę. Dlatego napisanie tego nie jest dla mnie skomplikowane, skomplikowana jest dla mnie realizacja. Wymyśliłem sobie to Q&A, bo myślałem, że taka forma jest fajna, a nie chciałem odpowiadać na pytania w stylu co jadłeś na śniadanie, chociaż nie, takie pytanie akurat miałem. Ale takie pytania dotyczące mojej prawdziwej codzienności, bo myślę, że nikogo to nie interesuje, bo nie różnię się niczym od innych. Lubię to robić i będę to robić tylko w dużych odstępach czasowych. Mógłbym to wypuszczać co dwa tygodnie, ale wtedy straci to na jakości, nie chodzi o jakość wizualną, a merytoryczną.

- Prawda jest taka, że dziewczyny za Tobą szaleją, miałeś jakąś dziwną sytuację z fanką?
- Gdzie są te dziewczyny? Niech się do mnie zgłoszą. Nie no, żartuję, dziewczyna by mnie zabiła. Wiadomo, że ktoś Cię rozpozna na ulicy, ale to nie jest takie inwazyjne jak w przypadku kogoś takiego mega znanego, gdzie dosłownie każdy w Polsce go zna. Nie wiem czy kiedykolwiek bym tak chciał i nie wiem czy w ogóle bym tak potrafił. Nigdy to nie było nachalne czy dziwaczne, a raczej normalne i dla mnie bardzo miłe.

- Premiera płyty zbliża się wielkimi krokami, jakie to uczucie wydać swoją pierwszą płytę?
- Wiesz, nie wiem. Już tyle nad tym pracujemy, to już będzie drugi rok. Na początku bardzo mnie to cieszyło, teraz też oczywiście mega mnie to cieszy, ale te emocje już trochę opadły, teraz wydaje się to dla mnie bardziej realne. To nie jest jakieś tam niedościgłe marzenie tylko to już będzie, zaakceptowałem to i po prostu sobie jest.

- Patrząc z perspektywy czasu, czy to jest takie spełnienie marzeń?
- Na pewno jest to spełnienie marzeń, ale na pewno nie chciałbym osiąść na tym. Nie traktuję tego w ten sposób, że kiedyś tam sobie założyłem, że wydam płytę i dziękuję, do widzenia. Gdyby ktoś w tamtym czasie mi powiedział, że wydam płytę, że będę tu gdzie jestem, choć nie mówię, że jestem nie wiadomo gdzie, ale gdyby mi tak właśnie ktoś tak powiedział, że dojdę chociaż do czegoś takiego to w życiu bym nie uwierzył. Nigdy nie było tak, że dojdę tam i już nie chcę więcej, dziękuję.
Wojtku, serdecznie Ci dziękuję za poświęcony mi czas i wyczerpujące odpowiedzi. Czekam na płytę!
Zapraszam do przeczytania innych postów. :)

środa, 17 sierpnia 2016

Obfity Biust


Ten wywiad, który za chwilę przeczytasz jest dla mnie wyjątkowy. Dlatego, że jest z moimi idolami z dzieciństwa. Tak, kilka dobrych lat temu gdy stawiałam pierwsze kroki w internecie zaczęłam słuchać tych rebeliantów. Nie ma chyba osoby, która by o nich nigdy nie słyszała. Każda kobieta pod wpływem złości przynajmniej raz w życiu zanuciła pod nosem ich przebój "Facet to świnia".
Tak, to właśnie Big Cyc kojarzy mi się z dzieciństwem. Może w wieku siedmiu lat nie powinnam ich słuchać, bo i tak nie wiedziałam o co im chodzi ale dzięki temu okresowi w moim życiu teraz mogę się pochwalić wywiadem z nimi. 
Jak można ich określić? Przede wszystkim mają złożoną osobowość i nie można ich opisać jednym słowem, to byłaby obraza. Goście, którzy zawsze robili wokół swojej osoby masę szumu, w prześmiewczy sposób opisywali nasz kraj i nikt nie miał im tego za złe. Każdy z nich jest naszym wewnętrznym krytykiem. Niby się różnią, a są tacy sami. Zespół zagadka. 
Nie da się ukryć, że utwory mają genialne. "Moherowe berety" krytykujące babcie ślepo podążające za Ojcem Dyrektorem. "Atakują klony", w których chodzi o sytuację polityczną w Polsce gdzie do władzy doszło dwóch bliźniaków. "Dres" naśmiewający się z niebieskich, zielonych lub różowych ortalionowych dresów, zwanych szelestami. "Homotubisie" gdzie Panowie śmieją się z Pani Ewy Sowińskiej, byłej rzeczniczki praw dziecka, która uważała, że moja ukochana bajka z dzieciństwa promuje homoseksualizm. Takich przykładów jest masa, lepiej sam się o tym przekonaj.
Nie przedłużając, poniżej znajdziesz zapis mojej długiej rozmowy z dwoma przesympatycznymi gośćmi, Krzysztofem Skibą i Jackiem "Dżej Dżejem" Jędrzejakiem.


-Wasze piosenki przedstawiają konkretne wydarzenia, sytuacje kulturowe lub polityczne w Polsce. Dlaczego wybraliście taki styl?
-D.D.: Zawsze tak było, bo to nas bardzo interesowało. W momencie, kiedy byliśmy studentami w Łodzi, byliśmy studentami Uniwersytetu Łódzkiego i zawsze nas interesowała polityka, byliśmy zaangażowani w politykę, w związku z tym tworząc zespół od razu wiedzieliśmy, że będziemy poruszać tematy drażliwe, tematy może niezbyt wygodne,ale będziemy to robić na wesoło, z pewną uszczypliwością. Ale myślę, że taki jest sens rock’n’rolla, żeby być zawsze przeciwko. Fajne jest to, że robimy to z przymrużeniem oka. Jeżeli się nie jest śmiertelnie poważnym, to wszyscy Cię traktują poważnie, dzięki temu możesz coś zmienić.
Skiba: My nie tylko komentujemy wydarzenia polityczne, ale też obyczajowe. Piosenka “Facet to świnia” nie jest polityczna, chociaż wiesz, to jest piosenka o trochę idiotycznych hasłach feministycznych. To takie wyolbrzymione hasła. Zawsze robiliśmy takie karykatury muzyczne. Są piosenki obyczajowe o tym jak Polacy żyją, co ich interesuje,a gdzieś tam między tymi tematami zawsze była polityka. Akurat teraz jest taki czas, że ta ostatnia nasza płyta faktycznie jest bardzo polityczna, no ale tej polityki już mamy strasznie dużo, nastąpiła dobra zmiana polityczna tzw. dobra zmiana.
D.D.: To jest tak, że słuchacze się teraz mocno interesują polityką, bo jeszcze dwa, trzy lata temu wszyscy podchodzili do tego z dużym luzem, a teraz ta dobra zmiana powoduje, że ta polityka wchodzi z butami w nasze życie, dlatego i studenci, bo oni mieli najbardziej na to wyjebane i inni się tym bardziej interesują.
Skiba: Zawsze lubiliśmy teksty z pewnym przesłaniem, nie lubiliśmy tekstów o niczym. Mnóstwo jest takich tekstów, 90% piosenek granych w radio jest o tym, że kobieta cierpi, bo on odszedł i ją oszukał. To jest właściwie skrót, oczywiście można takie piosenki słuchać, chociaż najlepsze teksty o miłości pisał Goethe i Szekspir. Próbować pisać po nich o miłości to ciężka sztuka, ale na ogół to są takie banalne, wyświechtane hasła i tylko takie piosenki funkcjonują w mediach. Dlatego my mamy pewną niszę.
D.D.: Jesteśmy też zespołem regionalnym, bo opowiadamy o Polsce. Wiele jest teraz zespołów polskich śpiewających po angielski, nawet gdzieś tam grają w Europie, ale są to zespoły, które wpisują się w nurt jakiejś europejskiej fali. Nikt nie zwraca uwagi skąd jest zespół, czy z Holandii, czy z Belgii, czy z Polski, czy ze Szwecji, bo śpiewają o ogólnych sprawach. My zawsze będziemy zespołem regionalnym, który śpiewa o tym co jest tutaj i teraz i w ojczystym języku. Myślę, że Big Cyc jest o tyle ciekawy, że jakby przeanalizować te wszystkie nasze płyty to taka historia polski w pigułce, bo jest “Berlin Zachodni”, “Moherowe Berety”, “Atakują Klony” i jest też kilka postaci jak Renata Beger, Krzysztof Krawczyk czy Shazza, które już się zapomina. Jak ktoś to chce sobie odtworzyć to dzięki takim piosenkom może sobie taką historię polski, polskiego show businessu przypomnieć.
Skiba: Ale mnóstwo osób przychodzi, nawet dzisiaj i mówi “Skiba, wychowałem się na piosenkach Big Cyca”. I to jest piękne, to znaczy, że piosenki były dla niego ważne, bo jeżeli jest taka piosenka, która jest przebojem, ale jednym uchem wlatuje, a drugim wylatuje i właściwie pamiętasz tylko refren, że “Ona tańczy dla mnie” czy “Jesteś szalona”. Fajnie, że są takie przeboje, tylko czy można się wychować na takich piosenkach. Wiesz, trudno się na tym wychować.
D.D.: My teraz właściwie tego doświadczamy, że mnóstwo ludzi przychodzi i mówią, że wychowali się na pierwszej, czy na drugiej, czy nawet na tej z 1996 roku płycie, która była dla nas już którąś z kolei i znają na pamięć wszystkie teksty. To jest bardzo miłe, że miałeś jakiś wpływ na społeczeństwo, na młodzież, na ludzi, którzy się z Tobą identyfikowali, teraz może troszeczkę mniej, bo jesteśmy starsi, ale wiesz, staramy się w jakiś sposób o tej rzeczywistości opowiadać.

- Ale oprócz tego posiadacie piosenki ponadczasowe.
- D.D.: Są piosenki, które odnoszą się do pewnych zjawisk, zupełnie tu i teraz czy do różnych osób, które po roku znikają ze sceny, ale też jest mnóstwo piosenek ponadczasowych, które opowiadają o różnych czasach jak właśnie “Berlin Zachodni”.
Skiba: Ale piosenka “Kocham piwo” jest ponadczasowa, zapewniam Cię. Ona będzie aktualna jeszcze za 20 lat.
D.D.: Nawet z tej nowej płyty “Czarne słońce narodu”, piosenka “Ja się nie zgadzam”. To piosenka, która tak naprawdę nie ma żadnych bezpośrednich konotacji do osób, do zdarzeń, ale ma do jakiegoś protestu, że się nie zgadzasz na coś, co cię denerwuje, do czego nie masz przekonania i tak dalej.
Skiba: Ta płyta się świetnie sprzedaje, to jest też dowód na to, że pomimo tego, że nie ma nas w radio, oczywiście radia PiS-owskie nie będą nas puszczać, radia komercyjne nie będą nas puszczać, bo polityka się słabo sprzedaje. Oni wolą takie piosenki bezpieczne, natomiast paradoksalnie ludzie rzucili się do sklepów kupować naszą płytę.
D.D.: Jak to mówił Johnny Rotten “Gniew wznieca głód”. Myślę, że słabe czasy są dobre dla takich zespołów jak my.
Skiba: W czasie rządów Platformy my już przysypialiśmy z nudów. Nic się nie działo. Wiesz, artysta musi być trochę wkurzony jeśli mają go traktować poważnie, trochę być człowiekiem, który wyraża swój pogląd na temat tego co go otacza. Jeżeli artysta nie komentuje tego, to gdzieś tam płynie sobie w obłokach. Moim zdaniem fajnie jest zaznaczyć gdzieś tam swoje miejsce na ziemi i pokazać swoją postawę. Mamy świadomość, że to jest niepopularne. Jesteśmy jakimś ginącym gatunkiem, ale jesteśmy przez to ciekawi. Był kiedyś taki program “Świat, który nie może zaginąć” o ginących gatunkach zwierząt i my jesteśmy takim trochę ginącym gatunkiem.
D.D.: Ale widać na koncertach, że pomimo tego, że nie ma tego w radio ludzie znają i śpiewają, bo jest internet. Całe szczęście, że świat się w ten sposób komunikuje. Teraz można bez jakiegoś tam managera, bez jakiegoś tam przyzwolenia, teraz wrzucasz to do internetu i ktoś nieznany może stać się gwiazdą. Tylko problem polega na tym, żeby wiedzieć czego szukać i to jest inna kwestia. Myślę, że też jesteśmy czujni i te nasze piosenki można znaleźć na Spotify, natomiast nie ważne jest to ile ma się lat, a ważne jest to, co ma się do powiedzenia.

- Przy założeniu zespołu mieliście masę przeciwników, a co ludzie mówili o piosence “Kręcimy pornola” czy “Złoty warkocz”?
- D.D.: Te piosenki były komentowane czasem negatywnie, czasem pozytywnie. Teraz gdy wkroczył internet to ludzie sobie hejtują, ale my jesteśmy zespołem z teflonu, wszystko po nas spływa.
Skiba: Ale były też takie sytuacje, że rozbito nasz koncert w 1988 roku, w czasach PRLu. Na ulicy Piotrkowskiej SB aresztowano akustyka, odcięli prąd, mnie zamknięto na komisariacie. Właściwie to było po wykonaniu piosenki “Kapitan żbik”, która była dedykowana milicji obywatelskiej rozbito koncert. Po skandalu z Buzkiem odwołano 15. koncertów zespołu. Studenci nas zapraszali na koncerty i politycy, którzy nas nie lubili blokowali koncerty.
D.D.: Płyta “Wojna plemników” gdzie na okładce jest zakonnica susząca prezerwatywy była przyczyną, żeby nie dawać koncesji radiu, które było patronem płyty. To było powiedziane w głównym wydaniu wiadomości gdzie poseł Bender rozwinął ten plakat.
Skiba: W Lublinie rektor z PiSu zabronił zaprosić studentom Big Cyca na koncert, na juwenalia. W wielu miastach zresztą tak było.

- Z perspektywy faceta, jakie to uczucie stać się kobietą przez jeden dzień?
- D.D.: Ciężko, ciężko, ciężko.
Skiba: Znaczy, wiesz co, pracowały nad nami dziewczyny z firmy, która na co dzień pracuje nad charakteryzacjami w filmie. Czyli nie tylko pudelek ale też brutalna depilacja, tipsy, chodziliśmy w szpilkach. Dla Jacka uszyto specjalne buty.
D.D.: Zakład pogrzebowy uszył, bo nikt nie dysponował takimi numerami, bo tylko do trumny takie buty. Numer 45 to buty z zakładu pogrzebowego, z tektury.
Skiba: Sytuacja była taka, że nas nogi strasznie zaczęły boleć, zaczęliśmy doceniać jak kobiety cierpią chodząc w szpilkach.
D.D.: Największy skandal, bo nagrywaliśmy w wytwórni Filmów Fabularnych w Warszawie jak na Chełmskiej nas przyłapali jak przebrani za kobiety sikamy do pisuarów. Od razu telefon do szefa, co tu się dzieje.
Skiba: Agustin Egurrola, największa gwiazda taneczna telewizji, wtedy był nieznanym nikomu instruktorem tańca i on przyszedł na teledysk, był powołany jako konsultant, który miał nas nauczyć układu tanecznego. My w tych szpilkach ledwo staliśmy, a tańczyć to już w ogóle. Jest taka scena, gdzie Dżery, nasz perkusista w tych szpilach naturalnie w pewnym momencie zawieszony w powietrzu wywala się. To nie było zaplanowane, on się autentycznie wywalił i taką scenę wzięto. Dla mnie takim traumatycznym przeżyciem związanym z tym teledyskiem było odklejanie tych tipsów, bo to się jakoś moczy. Czułem się jak przesłuchiwany w pokoju Gestapo.

- Przez te kilka dobrych lat Wasze zachowanie sceniczne się nie zmieniło i dalej jesteście takimi pozytywnymi wariatami, więc jaka jest najbardziej zwariowana rzecz jaką zrobiliście?
- D.D.: Nie wiem czy to się nadaje.
Skiba: Było wiele takich szalonych rzeczy jak np. robiliśmy happeningi, których nie robił żaden zespół. Na ogół zespoły zainteresowane są tylko koncertami i nagrywaniem płyt, a my robiliśmy oprócz tego happeningi. Kiedyś zrobiliśmy pikietę przed Ministerstwem Kultury, jak był taki minister Zdzisław Podkański z PSLu, niezbyt lotny człowiek, był źle obsadzony, na kulturze za bardzo się nie znał. On był wielkim fanem kultury ludowej, twierdził, że mamy złą sytuację z plecionkarstwie i garncarstwie i dostaliśmy duże dotacje, wielomilionowe, artystom ludowym. Wtedy my, przedrzeźniając to zrobiliśmy pikietę jako artyści rockowi, którzy też chcą dotacje na stroje. Czy minister wie ile kosztuje zrobienie irokeza, ile kosztują glany, ile kosztuje kurtka z ćwiekami i też dlaczego daje się na stroje ludowe, a nie na rockowe. Dziennikarzy było pięć razy więcej niż nas.
D.D.: Była też taka sytuacja, kiedy Polskie Nagrania nie wywiązały się z umowy. Pojechaliśmy do gabinetu dyrektora i przykuliśmy się kajdankami do kaloryfera.
Skiba: Żądaliśmy wypłaty pieniędzy. Tu gdzie teraz jest Stadion Narodowy kiedyś był bazar, ruscy tam handlowali i można było tam kupić wszystko, od karabinów przez narkotyki aż do ciuchów, pirackie kasety i głównie tam handlowano pirackimi płytami DVD i płytami muzycznymi więc nielegalnie sprzedawano Big Cyca. Dlatego my zrobiliśmy pikietę, żeby ci piraci fonograficzni podzielili się z nami pieniędzmi. Były też happeningi “Koncerty rockowe okradają klasę robotniczą” zupełnie absurdalny albo “Babcia klozetowa naszym kandydatem na prezydenta”
D.D.: Ale żeby zrozumieć skalę tego zjawiska to musisz wiedzieć, że w 1996 roku płyta “ Z gitarą wśród zwierząt” sprzedała się w nakładzie 1 200 000 sztuk. Było o co walczyć.

- W piątek 13. maja wydaliście płytę “Czarne słońce narodu”. Czy ten krążek jest takim protestem przeciw obecnej polityce, bo “Antoni wzywa do broni” jest raczej prześmiewczym utworem.
-D.D.: Oczywiście, jest to protest przeciwko dobrej zmianie, to jasna sprawa. Płyta jest mocna, bezkompromisowa i bardzo aktualna.
Skiba: Ale taki jest prawdziwy rock, wiesz, on powinien być o czymś. Rockowe piosenki mogą być o tym, że jest fajne słońce, wypiłem trzy piwa i spotkałem fajne dziewczyny na plaży. To oczywiście też, ale taki prawdziwy rock zawsze był protestem np. The Clash czy Sex Pistols. To były piosenki, które o czymś mówiły, to były piosenki zachodnie, które śpiewały o wojnie, o zagrożeniach. Wydaje mi się, że teraz jest czas na śpiewanie takich piosenek,to nie jest czas beztroski, czas beztroski minął. Niedługo może wybuchnie wojna, niedługo może wszyscy zginiemy w okopach na ruskim froncie. Zobacz, codziennie rano boję się włączyć telewizor. Mamy świadomość o kruchości tego świata, ten świat jest domkiem z kart i wystarczy wyciągnąć jedną kartę i to się rozsypie. Za chwile być może wrócą granice, wrócą wizy. Młodzież tego nie pamięta, ale my pamiętamy czasy, kiedy nie można było wyjeżdżać z kraju, kiedy paszporty były na politycznej policji, musiałeś pisać podanie, to trwało bardzo długo, wielu ludziom odmawiano. To nie jest tak “ciach”, ktoś to wywalczył, to że nie ma granic. Przez lata były granice, zasieki, druty kolczaste, do ludzi, którzy uciekali strzelano. Kilkadziesiąt ludzi zabito, kiedy uciekali przez mur berliński na zachodnią stronę. Ja się obawiam, że to może wrócić, albo jeszcze coś gorszego. W związku z tym śpiewamy nie o jakimś tam globalnym konflikcie, a o tym co nas wkurza tu i teraz w Polsce.


Serdecznie dziękuję Panom za poświęcony mi czas i świetną rozmowę. 
Zapraszam do przeczytania innych postów. :)

czwartek, 4 sierpnia 2016

I ten charakterystyczny taniec...

Każdy z nas tańczy, lepiej lub gorzej ale każdy. Ja nie wyobrażam sobie dnia bez jakiegoś skocznego kawałka, do którego mogę się poruszać jak nikt nie patrzy, a moja przyjaciółka nie skończy imprezy bez zatańczenia polki, niesamowita kobieta.
Już kiedyś pisałam o moich wczesnych wygibasach przed telewizorem, z czasem przerodziło się to w miłość do dancehallu, ale teraz pora na kilka bardzo prostych układów, które były obowiązkowym punktem na każdej dobrej imprezie.
Skupię się bardziej na ostatnich osiemnastu latach z przyczyn oczywistych. Każdy z trzech przedstawionych poniżej układów jest tak banalny i znany, że na pewno nawet Ty go tańczyłeś. Może nie pamiętasz tego, ale tak było.
Dokładnie czternaście lat temu swoje wakacje spędzałam w Niemczech, a wtedy panował wielki szał na piosenkę The Ketchup Song znaną bardziej jako Asereje. Pamiętam, że nawet w Maku do zestawów dodawano takie mini radia z powtarzającą się właśnie tą piosenką. Uprzedzając Wasze pytania, tak, z tym gadżetem wszyscy faceci w przedszkolu byli moi. Hiszpański zespół, który przetrwał tylko kilka lat czyli Las Ketchup zadebiutował właśnie piosenką o tytule który był kopią nazwy zespołu. 
Ograniczony do trzech ruchów taniec i najprostszy tekst o piątkowej imprezie i  przystojnym facecie wystarczył, żeby trzy siostry odniosły międzynarodowy sukces. Zresztą, rok 2002 był łaskawy dla takich rytmów, od Garou przez Shakirę aż do Sophie Ellis - Bextor.
Nie tak dawno co druga dziewczyna ściągała każdą cześć bielizny przez głowę na widok młodego Michaela Telo. "Ai Se Eu Te Pego" czyli piosenka o lekkim zabarwieniu erotycznym, pięknej dziewczynie i jakiejś dość słabej imprezie. Oczywiście, w Polsce śpiewana jest do tej pory czyli przez pięć lat od powstania utworu. To nie ważne, że nikt nie zna tekstu, bo mało kto zna portugalski,  najważniejsza jest melodia. Ale uwaga, mamy bardziej skomplikowany taniec, bo składa się aż z czterech ruchów, coś dla totalnych ekspertów. Jak można to podsumować? Wpada w ucho, porywająca melodia, a tańczy się rewelacyjnie, zwłaszcza po alkoholu. 
Na sam koniec coś dla osób leniwych, dla tych, którzy uważają, że cztery ruchy w tańcu to za dużo. Gusttavo Lima, kolejne objawienie letniej brazylijskiej sceny. Historia lubi się powtarzać, gość jest mało ambitny, ale czego można się spodziewać po tak młodym latynosie. Chyba brakuje mu kobiety. Tym razem w przeciwieństwie to Michaela szykuje się gruba impreza z kolejną piękną dziewczyną i jest mowa o samochodzie, jakie to prymitywne. Ciekawe ile dziewczyn poleci na coś takiego, świat schodzi na psy. Najśmieszniejsze jest to, że taki międzynarodowy przebój jak ten stał się obowiązkowym hitem każdego wesela. Dlaczego? Bo takie rytmy najlepiej wchodzą po obaleniu kilku lub kilkunastu kieliszków. 
Ta brazylijska opowieść o szalonych tańcach się właśnie kończy, ale wakacje jeszcze trwają, a może jeszcze nas czymś zaskoczą. Oby nie.
Zapraszam do przeczytania innych postów. :)

wtorek, 28 czerwca 2016

To już 30 lat! cz.2


Dwa wywiady z zespołami z takim pięknym jubileuszem w tak krótkim dla mnie czasie to było nie lada wyzwanie. Pierwszą rozmowę możecie przeczytać tutaj, a drugą zaraz zobaczycie.
Jest to kapela, która urzekła mnie swoją naturalnością i niesamowitym podejściem do fanów. Pierwszy raz spotkałam się z takimi osobami, które pomimo wyglądu typowego metalowca są tak sympatyczne. Żeby było śmieszniej, twórczość zespołu zaczęłam poznawać dokładnie miesiąc przed koncertem i wywiadem. Właśnie tak stałam się wielką fanką zespołu Hunter.
Cała moja przygoda z tą kapelą zaczęła się niewinnie. Przyjaciółka kończyła osiemnaście lat, a że zawsze jeździmy razem na koncerty to była to świetna okazja, żeby uczcić urodziny, poznać zespół i dobrze się pobawić.
Dzisiaj już mogę się pochwalić i dopisać kolejny wywiad do kolekcji. Tym razem na pytania odpowiadał mi Paweł "Drak" Grzegorczyk.

-Gracie już 30 lat i tworzycie kawał ambitnej muzyki. Wasze utwory są dla konkretnej grupy
odbiorców?
-Wiesz co, gdzieś tam jest jakaś docelowa grupa odbiorców, ale my nigdy nie kierowaliśmy się tym, że mamy grać dla takiego odbiorcy czy innego, w sumie nigdy o tym nie myśleliśmy. To, że trafia to do młodych i młodszych to może jest to kwestia tego, że im człowiek się starzeje tym bardziej
dziecinnieje. Broniliśmy się jak tylko mogliśmy przed wejściem w świat dorosłych, bo nie jest zbyt fajny. Oczywiście trzeba w niego wejść natomiast wszystkie marzenia pozostały i to gdzieś tam słychać i dlatego jest teraz więcej młodych ludzi pod sceną. Ci, którzy kiedyś byli młodzi teraz mają trochę więcej lat i stoją z tyłu ale zostali z nami. Właściwie są cztery pokolenia pod sceną i tak jest fajnie, bo pod sceną są ci najmłodsi 10-15 lat potem są starsi, a pod konsoletą czyli tam gdzie najlepiej słychać są rodzice, pod sceną już się nie odnajdują ale przychodzą i kibicują wiernie. Nadal ich to kręci i świetnie się z tym czują to dla nas lepiej.

-Dlaczego w nazwie jednej z płyt zastosowaliście anagram?
-Tak się jakoś złożyło. Na tej płycie jest dużo rzeczy odwróconych w słowach czy nawet w tytule. Właśnie ten tytuł już sugeruje drogę jaką trzeba podążać żeby zrozumieć tę płytę. Każda nasza płyta była nagrywana w jakimś tam momencie życia, który nas odzwierciedla właśnie w tym czasie. Akurat wtedy było dużo odwróceń ale miło wspominam ten okres, to była jedna z takich magicznych płyt, a przynajmniej okresów, w których byliśmy.

-Przez te trzy dekady w składzie zespołu sporo się działo. Dalej się przyjaźnicie z tą dziewiątką byłych członków?
-Tak, dalej się przyjaźnimy. Czasem spotykam się z Grześkiem Sławińskim, z którym zakładaliśmy
zespół. Nie tak często jakbyśmy chcieli, bo nie mieszkamy w jednym mieście tylko jesteśmy oddaleni od siebie ale staramy się spotkać kilka razy w roku pośmiać i powspominać. Tomek, z którym nagrywaliśmy Requiem gra teraz w zespole KaAtaKilla i często grają suport przed nami więc też się siłą rzeczy widzimy kilka razy w roku. Z innymi to już troszeczkę mniej ale dla mnie ten podstawowy, najważniejszy skład w sensie starego składu Huntera to był Grzesiek i Tomek gdzie najdłużej razem graliśmy. Jeszcze był Carlos, który grał przed Tomkiem na basie ale on gdzieś zniknął w leśnych czeluściach pod Iławą i bardzo rzadko się widujemy, nie mamy kontaktu ale jak już się widzimy to jest bardzo fajnie. Ale obecny skład się rozrasta, a nie zmienia.

-Jakie były powody odejścia poprzednich członków?
-Wiesz co, przeróżne. Dużo ludzi grało z nami, przeważnie nie wytrzymywali zderzenia życia rock'n'rollowego ale nie chodzi mi o imprezy, a o niestabilność finansową z życiem rodzinnym czy ogólnie życiem. Dopóki byliśmy studentami, mieliśmy wszystko gdzieś, rodzice nas utrzymywali, wspierali nas i było dużo łatwiej. Później trzeba było przejść na swoje, pojawiły się dzieci i rodziny i nie było tak łatwo, a z grania metalu w Polsce jest ciężko wyżyć nadal, kiedyś było jeszcze trudniej.
Jak jest się młodym to nie ma się sprecyzowanego pomysłu na życie to wszystko się zmienia. Przeprowadzasz się tak jak właśnie Tomek, po nagraniu Requiem przeprowadził się do Łodzi, a Szczytno-Łódź to spora odległość i nie dał rady dojeżdżać i dlatego zrezygnował i oddał swój sprzęt Simonowi. W sumie to były różne powody, głównie życiowe niż przez kłótnie. Bardzo ciężko jest połączyć życie rodzinne z koncertami. Jeśli zarabiasz i jesteś w stanie się z tego utrzymać to dobrze, jakoś to idzie. Oczywiście to też nie jest łatwe, bo to jednak życie w trasie i nie ma cię w domu. Ale w tej chwili mamy taki system weekendowy, wyjeżdżamy od czwartku do niedzieli i każdy jest w stanie to wszystko ogarnąć więc nie jest źle.

-Od Waszego debiutu trochę się pozmieniało w muzyce. Co sądzisz o obecnej scenie thrash
metalowej?
-Są zespoły, które cały czas się trzymają tego kierunku i nieźle im to wychodzi natomiast nie jest im łatwo, bo muzyka nie jest tak popularna jak kiedyś. My też przegapiliśmy moment największego boomu thrash metalu, chociaż ja nie do końca uważałem, że gramy thrash metal ale z braku laku innej szufladki sklasyfikowano nas właśnie jako ten gatunek. Mówię o pierwszej płycie, bo później "Medeis" ciężko nazwać thrash metalem. Exodus, Testament to są zespoły wykonujące prawdziwy thrash metal. Tak się stało, że później bardzo popularny był grunge i większość metalowców zaczęła go grać, bo to była taka rewolucja w muzyce. W tej chwili część się cofa do lat 80. i może jest nawet ciekawiej przez to, bo zespoły grają różną muzykę niż powielają Nirvanę, Soundgarden czy Alice in Chains.

-W 2009 roku jeden z dziennikarzy Onetu zarzucił Wam komercjalizację, było to przy albumie
„Hellwood”.
-To zależy co przez to rozumieć. To, że zaczęliśmy grać dla większej grupy odbiorców, bo nagle większej ilości ludzi zaczęło się to podobać i to uważa za komercjalizację to ok. Nie wiem o co chodzi, gdybyśmy zaczęli grać dla pieniędzy to zaczęlibyśmy grać pop metal albo pop w ogóle. To jest takie niewdzięczne słowo, że zespół jest bardziej popularny to jest bardziej komercyjny, no jest to prawda. Nie wiem co miał na myśli, zarzucił nam coś złego ale ja nie uważam, żebyśmy zmieniali styl tylko po to żeby mieć więcej fanów, bo nadal jest to trudna muzyka i nie trafia do wielkiego grona odbiorców jak pop metal czy rock. Wiesz co, trochę mnie śmieszą takie określenia, chyba, że miał jakieś głębsze przesłanki, których ja nie rozumiem.

-Ale to chyba jest takie przykre stwierdzenie.
-Nie jest przykre, u nas w Polsce zawsze jest ta żółć, ta chęć czepiania się do wszystkiego. Trzeba się cieszyć, że ktoś coś robi ale nie, trzeba łatkę przypiąć. Nie wiem z czego to wynika, z kompleksów, różne ludzie mają powody ale właśnie ta komercjalizacja to jest taki temat newralgiczny. Czy Poison Idea jest komercyjny, bo jest popularny, w pewnym sensie tak ale komercja z komercją nie jest równa.

-Zdarzały się takie momenty, że mieliście żałowaliście założenia kapeli?
-Nigdy tak nie było. Były trudne momenty gdzie mieliśmy chwilę zwątpienia, parę razy mało się nie rozpadliśmy ale nie wynikało to z tego, że my się kłóciliśmy wewnątrz tylko jakieś osoby z zewnątrz namieszały. Ale to było kilka takich momentów, przebrnęliśmy i lubimy się nadal. Są czasem momenty ciężkie, bo przy sześciu ludziach w zespole gdzie każdy ma swój charakter i każdy jest dużej klasy artystą i mówię tutaj o kolegach, ma swoje poczucie wartości to nie sposób uniknąć problemów ale i tak świetnie sobie z tym radzimy. Nawet jeśli komuś tam odbije to reszta ustawia go do pionu, dbamy o siebie, żeby nikt nie odskoczył, zdarza się to bardzo rzadko, bo staramy się być zawodowymi półprofesjonalistami w sensie szanujemy to co mamy i szanujemy ludzi dla których gramy. To nie jest tak, że po koncercie się rozjeżdżamy czy bus jest podzielony na pół, myślę, że jesteśmy taką rodziną, może nie krwi ale mentalną na pewno. To powoduje, że sobie radzimy z jakimiś tam przeciwnościami losu ale tak naprawdę w momentach kryzysowych możemy poznać czy zespół faktycznie jest zespołem czy tylko zbiorem muzyków sesyjnych. Zgranie w zespole to podstawa, nie rozumiem kapel, które grają ze sobą tylko dla pieniędzy, nie lubią się, a grają i udają, że wszystko jest dobrze, a są takie zespoły. Zdziwiłabyś się jakie, ja też się zdziwiłem, zwłaszcza, że kilka z nich to moje ulubione i trochę mnie to dotknęło ale nie zazdroszczę. Nie to, że krytykuję, bo w życiu są takie momenty ale nie sprawiłoby mi to żadnej frajdy.

-Ciężko było się nauczyć tekstu do Chop Suey, System of a Down?
-Nie był to jakiś problem. Problemem był Kashmir ale to już jest Robert Plant, to porwanie się z motyką na słońce ale dożo więcej problemów sprawiła mi ta piosenka niż Chop Suey, która jest dla mnie bardziej naturalna. Wszystko jest do zrobienia.

-Oprócz tego wykonania Chop Suey macie też w swoim repertuarze cover Outcast’u Hey ya. Dlaczego on?
-Akurat to był pomysł naszego ówczesnego managera, on powiedział, że może byśmy zrobili taki numer. Ten utwór w oryginale jest śmieszny, teledysk bardzo fajny więc stwierdziliśmy, że czemu nie. Trochę ten kawałek był ni z gruchy ni z pietruchy ale zawsze jakaś tam przygoda. My przez pierwsze pięć lat istnienia Huntera graliśmy tylko covery, więc nagraliśmy się ich tyle, że unikamy ich bardzo mocno. Ale cieszę się z jednej rzeczy, po tym Woodstoku gdzie zagraliśmy koncert coverów myśleliśmy, że ludziom się to spodobało, że stwierdziliśmy ok, skoro wam się to tak podoba to jesteśmy zagrać kilka w trasie chociaż unikaliśmy tego bardzo. Okazało się, że wszyscy chcą żebyśmy grali swoje utwory. No ja to byłem wzruszony. Oczywiście graliśmy Rammstein i ich Amerika, bo tam śpiewa Letki. Jest wtedy jakaś zmiana na scenie i coś się innego dzieje. Ale za tym nie tęsknię, było to fajne przeżycie, trochę nerwowe, bo do końca nie wiedzieliśmy co zagramy. To takie utwory, że każdy je zna ale mamy to za sobą. Zrobiliśmy jakiś tam hołd tym kawałkom, które bardzo lubimy natomiast można było zrobić to bardziej na spokojnie chociaż jakbyśmy zdradzili jakie utwory zagramy nie byłoby niespodzianki.

-Jakie to uczucie zagrać przed Metalliką i Iron Maiden?
-Było takich kilka zespołów, przed którymi graliśmy, które lubimy i szanujemy, a Metallica to Metallica, król jest tylko jeden, no chyba, że Ozzy ale jeszcze nie dostąpiliśmy tego zaszczytu. Przeżycie wielkie, taka podróż sentymentalna. Nie udało się spotkać ani porozmawiać przez moment, minęliśmy się tylko na scenie w sensie, że oni wchodzili ale przez szpaler ochroniarzy ciężko było, a po koncercie wsiedli do busa i od razu pojechali więc nie było szans. Fajnie byłoby zamienić parę słów ale trudno. Metallica zawsze była nam bliższa w końcu kiedyś nazywano nas polską Metalliką więc też o czymś to świadczy. Mimo tego, że bardzo odbiliśmy od tego kierunku stwierdzając, że Metallica jest jedna i nie ma po co być ani próbować być drugą Metalliką, bo po co. Jest jedna i koniec i to było takim przełomem u nas, a owocem tego jest płyta „Medeis”.

-Przez te kilkanaście lat wydaliście tylko sześć płyt. Średnio to jedna płyta na pięć lat. Dlaczego tak mało?
-Tyle przyczyn na to wpływało, to nie było tak, że my sobie to rozkładaliśmy. Najpierw wynikało to z braku wydawcy i pieniędzy, potem tak jakby my zaczęliśmy się wydawać co też miało związek z jakimiś tam finansami, bo musieliśmy sami zapłacić za nagranie. Uważam, że wydanie „Imperium” rok po „Królestwie” było błędem chociaż przyświecał nam cel taki żeby ludzie kojarzyli te dwie płyty jako całość. To było za dużo materiału na jedną płytę więc wydaliśmy na dwóch, a nie chcieliśmy rozbijać tego za bardzo w czasie, żeby fani traktowali to jako dwupłytowy album. Rok czasu to za wcześnie, bo ludzie się przyzwyczają do tego trybu, a fan chciałby co roku czy nawet co pół płytę. Nam zależy, żeby te płyty się od siebie różniły. Myślę, że co trzy lata to jest taki max i właśnie u nas mija te trzy lata więc właśnie zaczęliśmy nagrywać nową płytę. Ale po wydaniu „Imperium” byłem już bardzo zmęczony, cała produkcja spadła na moje barki, oczywiście cieszę się,że obydwie się ozłociły ale ten rok przerwy między płytami to zdecydowanie za mało.

Serdecznie dziękuję Panu Pawłowi za poświęcony mi czas i rewelacyjną współpracę.
Całemu zespołowi Hunter życzę dalszej owocnej pracy i kolejnych lat na scenie! :)
Zapraszam do przeczytania innych postów. :)