środa, 29 marca 2017

"Bałagan"


W takie dni jak ten, kiedy pięknie świeci słońce,  mam ochotę na wesołe numery, przy których pojawia się uśmiech od ucha do ucha. W końcu przychodzi noc, zaczyna padać deszcz (a uwielbiam takie wieczory) i liczę na odrobinę melancholii w słuchawkach, a mój mózg zmuszam do głębszych przemyśleń.

Nigdy jakoś nie przepadałam za hip-hopem. Coś, gdzieś, kiedyś usłyszałam, czasem kawałek wpadnie w ucho, większość utworów pokazała mi przyjaciółka przed imprezą, ale nigdy nie byłam wielką fanką. Moja wiedza na temat tego gatunku dotychczas opierała się na stereotypach. Ciężkie życie w "betonowej dżungli", koks, panienki, siłownia. Tak to mniej więcej wyglądało, a wtedy poznałam List Otwarty.
Zadebiutowali albumem "Bałagan" i właśnie to samo zrobili z moim poukładanym światem. Może nie wpisują się w typowe brzmienia, prezentują coś nowego na polskiej scenie muzycznej. Dlaczego mają tak mało słuchaczy? Bo ludzie są ograniczeni i nie potrafią się otworzyć na nowości, nie mówiąc o poszukiwaniach. Ja wystawiam im mentalny pomnik, bo dzięki tej płycie nauczyłam się tak naprawdę słuchać muzyki, jakkolwiek to brzmi, drogi czytelniku. 
To, co usłyszałam po kilku sekundach losowo wybranej piosenki to niezwykły głos Bartłomieja, który jest mieszanką dwóch wybitnych polskich raperów, Adama Ostrowskiego i Adama Zielińskiego i rewelacyjny bas Aleksandra, który najbardziej zapadł mi w pamięć. Później jesteśmy rozgrzani do granic możliwości, nie tylko z wrażenia ale również z natłoku informacji, których za pierwszym razem nie jesteśmy w stanie wyłapać. 

Moimi absolutnymi faworytami są dwa utwory: "Garść słów o przyszłości" i "Piksele", gdzie wplecione są moje ulubione, lekko rockowe brzmienia. Oprócz tego hipnotyzujący "Pyrrustratus jako WiktoRajska Utopia" i lekko szokująca, oczywiście w tym pozytywnym sensie "Ledacznica". Całość to mocne 7/10 i jestem ciekawa, co wymyślą na kolejny krążek.  

Warto sobie zadać kilka pytań zanim zabierzesz się za "Bałagan". Czy jestem typowym Sebixem? Czego oczekuję od odłamu jednego z najpopularniejszych gatunków w kraju? Czy jestem otwarty na nowości?
List Otwarty to zespół, który tworzy ambitną muzykę, dla wymagających słuchaczy, którzy posiadają więcej niż dwie szare komórki. To może być niezwykłe koncertowe widowisko.
Zapraszam do przeczytania innych postów. :)

wtorek, 28 lutego 2017

"... And Hell We Are"


Jakoś w styczniu znalazłam ich przypadkowo na jednym z popularnych portali społecznościowych. Przeglądając ich poczynania na scenie zauważyłam, że wydają swoją pierwszą płytę. Zamówienie krążka kapeli, o której nic nie wiedziałam było dla mnie czymś nowym, a jednocześnie była to jedna z lepszych decyzji. The Kroach śmiało mogę nazwać moim odkryciem roku i wątpię, żeby ktoś zrobił na mnie podobne wrażenie.
Niezwykle cieszy mnie, kiedy młody zespół daje sobie świetnie radę. Setki sprzedanych biletów, dziesiątki zagranych koncertów, masa fanek krzyczących pod sceną, a to wszystko w ramach promocji debiutanckiego albumu "... And Hell We Are".

Mówiąc całkiem szczerze, są to moje klimaty. Płyta na mojej półce zajmuje honorowe miejsce zaraz obok brytyjskiego Bring Me The Horizon i amerykańskiego System Of A Down. To zasługa: melodyjności w "Ancient Blood", porządnego kopa w tytułowym "And Hell We Are", metalcore'owego "Total Hypocrisy", lekkiej rock'owej ballady "Lilith" dla rozmachu wykonanej w dwóch wersjach językowych, aż do heavy metal'owego "Sick Romance", który jest moim drugim ulubionym kawałkiem. Na pierwsze miejsce zasługuje "Blindness In Cover", który zalatuje trochę power metalem, ale to nie jest główny powód przyznania złotego medalu. Poza tym, że przez dobry tydzień utwór siedział mi w głowie, co stało się uciążliwe, bo nie mogłam się na niczym skupić, to jeszcze miałam takie wrażenie, że już kiedyś słyszałam coś podobnego. Po niewielkich poszukiwaniach wraz z moją rodzicielką jednogłośnie stwierdziłyśmy, że to jednak AC/DC i ich "Thunderstruck". 
Po krótkiej pogawędce z Jaśkiem, wokalistą The Kroach, dowiedziałam się, że to tylko moje dziwne skojarzenia, a australijski zespół z piorunem w nazwie nie zamieszał mi aż tak w głowach. 
Całość dostaje ode mnie mocne 8/10 i czekam na kolejne płyty, które będą jeszcze lepsze.
Tak już zupełnie na marginesie. Ten, kto jeszcze nie był na ich koncercie, niech jak najszybciej nadrobi zaległości. Byłam w Rzeszowie i na pewno przyjdę drugi i trzeci raz.  

Zapewne gdzieś tam wyżej pojawią się fotki zespołu i od razu odpowiadam na pytania, które zawsze dostaję po publikacji tego typu artykułów. Drogie Dziewczyny, nie wiem czy są wolni, same się zapytajcie. Śmiało, Panowie nie gryzą. ;)

wtorek, 24 stycznia 2017

Jak działa na mnie TruSKAwka

Taniec jest jedną z tych rzeczy, których nie potrafię, ale uwielbiam, a gdy wpadnie mi coś w ucho to nie mogę się powstrzymać. Moje dziwne, taneczne ruchy na pewno przeszkadzają wielu osobom, ale nie można usiedzieć w miejscu, gdy na scenie pojawia się skoczna Wiewiórka Na Drzewie. 
Przyznaję się bez bicia, że nie znałam ich twórczości, gdzieś kiedyś usłyszałam kilka kawałków i to by było na tyle. Jeszcze w ubiegłym roku, kiedy nie miałam pojęcia, że będę mogła się spotkać z artystami, ktoś mi o nich przypomniał. Przez kilka dni nie potrafiłam się od nich oderwać, co było trochę uciążliwe. Przykładowa sytuacja, siedzę w szkole, nauczyciel wzywa mnie do odpowiedzi i zamiast się skupić to w głowie tylko słyszałam "Mejd in czajna".
Wiewiórka to kilku fantastycznych gości, którzy zarażają pozytywną energią, czarują uśmiechem i zrobią wszystko, żeby ten grymas na twarzy zmienił się w piękny wyszczerz, bo przecież "Wszystko będzie dobrze". Najpiękniejsze jest to, że się nie ograniczają i za to należą im się owacje na stojąco, medal, puchar, uścisk dłoni prezydenta i sama nie wiem co jeszcze. Lubisz rock, ska, disco czy reggae? To oni, niczym właśnie ta Wiewiórka Na Drzewie zwinnie manewrują między gatunkami, przeskakują z jednego stylu na drugi dzięki czemu publika ich kocha. 
To nie był najdłuższy wywiad w moim życiu, ale za to niezwykle przyjemny. No bo jak można nie czuć się dobrze wśród tylu przystojnych facetów? A moimi pytaniami męczyłam tym razem wokalistę Michała. 

- Jaki jest główny cel Wiewiórki?
- Podbić Polskę, a potem świat swoją pozytywną muzyką i przyciągać uśmiechniętych ludzi na koncerty.

- Wiewiórstock - piękna sprawa. Skąd na to pomysł?
- Powstał tak, że kiedyś całkiem przypadkiem graliśmy tam na bębnach, ludzie zaczęli tańczyć. Co roku przywoziliśmy nowe instrumenty i tak to się rozwinęło. Okazało się, że sporo polskich zespołów z różnych części kraju chciało u nas zagrać i tak przyjeżdżają i grają. 

- Jest jakiś zespół, na którym się wzorujecie?
- Nie, kompletnie. Gramy różną muzykę i każdy słucha różnej muzyki. Całą muzykę, jaką można zapamiętać gra właśnie Wiewiórka. Na następnej płycie będzie właśnie trochę hip-hopu, heavy metalu, a nawet jazzu.

- Trochę nie załapałam tego tekstu "Prącie Pana". Są tam takie tekstowe sprzeczności, z jednej strony trochę bezeceństw, a z drugiej poważne tematy. Co możesz powiedzieć o tym utworze?
- Ogólnie ciężko jest tłumaczyć teksty, działa to tak, że kawałek jest po prostu o wojnie, że ona nie ma sensu, trochę jak tekst w tej piosence. 

- A taki Wasz największy przebój? Truskawka? 
- Ciężko powiedzieć, ale pewnie "Prącie Pana" jest takim utworem, którego ludzie domagają się na koncertach. Więc na chwilę obecną jest ten kawałek, ale jest masa ludzi, którzy kojarzą nas tylko z tej piosenki. 

- Czy do tej wybuchowej mieszanki muzycznej chcielibyście jeszcze coś dołączyć?
- No na pewno, na ostatniej płycie mamy nawet disco, więc kto wie, w którą stronę pójdziemy. 


- Wymarzony zespół czy osoba, z którą chcielibyście zagrać to...?
- Każdy z nas ma swojego muzycznego idola, z którym chciałby zagrać, ale może nie osoba, a miejsce. Na pewno chcielibyśmy zagrać na dużej scenie Przystanku Woodstock.

- Co szykujecie dla fanów w tym nowym roku?
- W najbliższym czasie będziemy wchodzić do studia i nagrywać nową płytę. 

Całemu zespołowi serdecznie dziękuję za rewelacyjny koncert i poświęcony mi czas.
Zapraszam do przeczytania innych postów. :)

Kiedy impra wypada w 6 dzień tygodnia.

Wszyscy pamiętamy jak każdy słuchał Popka i tego jak się bawi w klubie, jak napada na bank i kiedy mianował się królem Albanii. Od walki z Pudzianem słuch po nim zaginął.
Ale dzisiaj nie o nim, od pewnego czasu mamy nowego "szefa" w Internetach. Tworzy już dobre kilka lat, ale przez ostatni rok jego statystki popularności w kraju, a najbardziej wśród młodzieży, poszybowały mocno w górę. Jak zaczęła się jego przygoda przeczytacie w wywiadzie, który znajduje się trochę niżej. 
Oczywiście mowa o tym znanym Cypisku. Gość, jak sam mówi, w wieku ośmiu lat słuchał Liroya i Nagłego Ataku Spawacza i to, co katował w dzieciństwie wpływa na jego obecną twórczość. Mówiąc zupełnie szczerze, gdyby nie mój kolega, prawdopodobnie nie miałabym okazji śledzić jego rosnącej kariery. Od piosenki do piosenki coraz więcej osób go znało i otwarcie się przyznawało, że go słuchają, a tak, są osoby, które się z tym kryją. Jednak kiedy przychodzi impreza i w grę wchodzi alkohol okazuje się, że "6 Dzień Tygodnia" zna dosłownie każdy. Nie mówiąc już o świątecznym przeboju, który rozbrzmiewał częściej niż tradycyjne kolędy i w sumie bardzo dobrze. 
Jeszcze w grudniu dowiedziałam się, że Cypis będzie w Rzeszowie, czyli niedaleko mnie. Była to dla mnie rewelacyjna okazja, żeby spotkać się z Bogiem imprezowiczów, idolem wielu nastolatków. Poza tym byłam bardzo ciekawa, czy ta impreza będzie się czymś różnić od innych. Oczywiście, nie zawiodłam się. Pomimo tego, że wybieram koncerty metalowe, to taka impreza jest obowiązkowym punktem w życiu każdego człowieka, który kocha imprezy. Tego się nie da opisać, to trzeba po prostu przeżyć. 
Jeszcze zanim przejdziemy do tego co tam mi Cypis naopowiadał chciałabym zwrócić uwagę na jedną ważną rzecz. Mój dzisiejszy bohater ma masę przeciwników, którzy go po prostu hejtują za jego twórczość. Być może jest to głos ludzi, którzy trochę mu zazdroszczą, którzy nie widzą jak wygląda obecny świat, których razi niezliczona ilość wulgaryzmów, tego nie wiem. Ale po tej krótkiej rozmowie z nim widziałam, że to jest jego pasja i bardzo to kocha. Nie bluźni, bo to się dobrze sprzeda czy dzieci to kupią, nie, jemu się to po prostu podoba. Mimo krótkiego wywiadu mogę powiedzieć, że go znam i ma moje wparcie, bo uwielbiam artystów z taką pasją. 
Co tam się u niego dzieje, czyli na pytania odpowiadał Cypis.

- Co to za historia z tymi zapożyczonymi podkładami, czy to pomysł na sprawdzone rytmy, czy raczej brak pomysłu na swoje?
- Cypis: To jest bardziej pomysł na sprawdzone rytmy, bo ludzie uwielbiają to, co jest znane. I tyle w temacie. Próbujemy coś sami zrobić na nowo, ale póki co bazujemy na tym co jest w Internecie, co można przerobić. 

- Masz już na koncie kilka hitów, prawie wszystkie są o tym samym, a może jest jakiś utwór, w którym jest zawarta jakaś życiowa mądrość, albo coś prosto z serca?
- Rzeźnik: Wszystkie kawałki są od serca i z pewną mądrością ze względu na to, że młodzież słucha tego co robi. 
- Cypis: Oczywiście są takie kawałki tylko jeszcze nieopublikowane. A póki co, to tylko kawałki o imprezach i alkoholu.

- Swoją popularnością przebiłeś już dość sławny Gang Albanii, czy na początku celowałeś w inną grupę niż gimnazjum? 
- Cypis: Powiem Ci, że w ogóle o tym nie myślałem, bo ja nagrywałem dla siebie, później stało się to modne i ja nie wiedziałem do kogo to dociera. Cała historia z tym nagrywaniem zaczęła się od tego, że kiedyś było coś takiego jak #hot16challenge i wtedy wziąłem bit od Monopolu "Zodiak na melanżu" i ludziom się to spodobało, więc nagrywałem dalej. W ogóle nie zdawałem sobie sprawy z tego, że zacznie mnie słuchać podstawówka.

- Czy faktycznie na co dzień ciągniesz jak odkurzacz, czy tylko o tym śpiewasz?
- Cypis: Nie no, jakbym tak na co dzień ciągnął to pewnie bym się wykończył, nie ma nawet takiej opcji. Kiedyś się tam swoje robiło, a teraz to już bardziej na spokojnie, ale na pewno nie walimy co koncert, bo się wykończymy. 

- Jak wyglądają takie imprezy z perspektywy artysty, jest dokładnie tak jak mówisz w swoich piosenkach?
- Cypis: No ja już nie jedno widziałem.

- Była już świąteczna piosenka, czy teraz fani dostaną Wielkanocny przebój? 
- Cypis: Ma być jakiś numer na Wielkanoc i na Walentynki. 

Cypis, wielkie dzięki za poświęcony mi czas.
Zapraszam do przeczytania innych postów. :)

poniedziałek, 2 stycznia 2017

RSP Festival - Get Break

Już na początku grudnia fani ciężkiej muzyki, w tym ja, mogli poczuć się jak metal w glanach lub jak ryba w wodzie na Rockendrollowej Scenie Podkarpacia w rzeszowskim klubie Vinyl. 
W ciągu dwóch dni zaprezentowało się piętnaście zespołów, a każdy z nich porwał swoją publikę do szalonego tańca zwanego pogo. 
Pierwszym zespołem, który otworzył całe to wydarzenie była jarosławska formacja Get Break. 
Przyznam się szczerze i bez bicia, że nie mogłam uwierzyć, że tak naprawdę w mojej okolicy znajduje się tak rewelacyjna kapela. Od tego czasu ich dwie płyty, które posiadam mogłabym katować dzień i noc, jednak kiedyś muszę się wyspać.
Jednak moim faworytem ich całej twórczości jest kawałek "Jadę, jadę", czyli wszystko co uwielbiam w muzyce tego gatunku i lekko punkowe brzmienie, jednym słowem kawałek do pogo. 
Przed koncertem dopadłam kapelę, która zgodziła się odpowiedzieć na kilka moich prostych pytań, które przybliżą Tobie, mój czytelniku, zespół Get Break. Tym razem męczyłam czterech mężczyzn Mirosława, Jarosława, Krzysztofa i Waldemara.

-Na sam początek chcę Wam złożyć życzenia i wszystkiego najlepszego z okazji urodzin! Co się u Was zmieniło przez ten czas, oprócz składu.
Mirek: Skład się zmienił całkiem, bo na początku był zupełnie inny. W sumie to tylko ja jestem od początku. Zaczynaliśmy grać w takim klubie garnizonowym w Jarosławiu. Był sprzęt, więc zaczęliśmy sobie pogrywać z kolegami, ale bardzo szybko się skład wykruszył, bo po pół roku najpierw jeden odszedł, później drugi, potem ktoś tam dołączył. Jeden, drugi, trzeci i jako trio graliśmy przez 10 lat. Później jeden chłopak do Anglii, drugi się pochorował i znowu skład się zmienił. Przyszedł Jarek do zespołu, z którym gdzieś tam grałem. Muzyka też się zmieniła, graliśmy lżejszą muzykę, bardzie rock'n'rollową, takie pitu pitu, a później zaczęliśmy grać ciężej. Potem Krzysiek dokooptował, bo mieliśmy gitarzystę, który zrezygnował. 
Krzysiek: Ja tam za młodu ich słuchałem z drugiej strony bramki jako fan, a po paru latach taka propozycja, czy bym nie chciał do nich dołączyć. 
Jarek: Pamiętam, jak chodził nam po wino.
Krzysiek: Dla mnie to było takie nobilitujące, bo dla mnie to tacy lokalni idole, a sześć lat temu propozycja współpracy.
Mirek: A później dołączył do nas Waldemar, bo nasz pierwszy perkusista zrezygnował, później przyszedł kolejny, który później się ożenił i miał dziecko, nie mógł grać, Przyszedł trzeci. Ciągle problem z perkusistami, bo oni ciągle przy tych garach, przy garach w kuchni, no ile można? Waldemar jest z nami już 2 i pół roku i jeszcze nawet nie zna numerów, przynajmniej niektórych. 

- Pochodzicie z Jarosławia, ogólnie uważa się, że to miasto jest zdominowane przez osoby starsze. Przy założeniu zespołu nie lepiej byłoby dostosować się do miasta i zostać już kapelą ludową albo już folk metalową?
Jarek: Generalnie każdy z nas słucha trochę innej muzyki, ale gramy to, co lubimy i nie ma takiej opcji, żebyśmy się umówili, że od jutra gramy folk metal. Nie ma opcji, żebyśmy się zmienili pod kątem rynku, to taka nasza definicja.
Mirek: Nie było u nas radykalnej zmiany, to była cały czas muzyka rockowa, są elementy wzięte z metalu czy popu, to taka kompilacja, my nie ustalamy, że gramy to i to, gramy to, co chcemy.
Krzysiek: A ja tam staram się przemycać chłopakom tego diabła. 

- Na scenie wydajecie się mega skromni, jak na przykład w piosence "Festiwale", to tak trochę o Was?
Mirek: Wiesz, trochę tak. "Festiwale" to trochę takie szyderstwo, wiadomo co się dookoła dzieje i wszyscy chcą być jacyś, a my się śmiejemy. Niby ja piszę teksty, a to takie szyderstwo z tego co się wokoło dzieje. Dużo jest takich tekstów, które nie są do końca poważne, gdzieś jest ta nuta autoironii, sami z siebie się też śmiejemy. To też jest gra słów, nie musi zawsze o coś chodzić. Fajnie i śmiesznie się śpiewa, są śmieszne sformułowania, czasem mi się coś tam śmiesznego ulęgnie w głowie, więc to napiszę.

- Jak czujecie się w coverach?
Mirek: Kiepsko się czujemy w coverach, a mamy ich kilka. Bardzo mało gramy coverów.
Krzysiek: Próbujemy stworzyć własny materiał, bo po co komuś zabierać. 
Jarek: Mieliśmy kiedyś takie podejście, że robimy cover na płytę, czyli dla zasady, że coś jest dla zabawy i z oddechem. Teraz staramy się każdy cover zagrać ze swoim pomysłem, nie tak samo jak jest w oryginale, bo zagrać cover nuta w nutę to nie jest żadna sztuka. No niestety druga strona medalu jest taka, że covery się fajnie sprzedają. Na każdej imprezie masowej, jeśli wylecisz z coverem to ludzie lepiej się bawią.
- Jakie macie takie zespołowe marzenia?
Mirek: Zostać gwiazdą Hollywood! Oczywiście żartujemy, a nasze marzenia są takie, żeby udało się czasem załatwić więcej grania, bo my nie musimy się z tego utrzymywać, bo każdy z nas ma pracę. Tylko, żeby udało się zagrać tam, czy siam, a nie zawsze jest łatwe do załatwienia.
Jarek: Fajnie by było zagrać taki koncert dla 40 tysięcy ludzi. 

Panom z zespołu Get Break dziękuję za poświęcony czas i bardzo miłą atmosferę. Widzimy się na kolejnych Waszych koncertach!
Zapraszam do przeczytania innych moich postów. :)

wtorek, 6 grudnia 2016

Normalni - nienormalni.

Dokładnie pięć lat temu wydarzyło się bardzo dużo rzeczy, ex-prezydent Obama wpadł na wódkę do Polski, powstał Ruch Palikota, Taylor Swift zmieniła kolor włosów, Justin Bieber nakręcił o sobie fim, kilka katastrof, kilkanaście śmierci. Sama dokładnie nie pamiętam co robiłam w 2011 roku, chyba zaczynałam swoją przygodę w gimnazjum. Ale skoro wszystkie złe rzeczy mamy za sobą, pora przejść do tej przyjemniejszej części. 
Gdzieś tak na wiosnę, kiedy to młodzież cieszy się nadchodzącymi wakacjami, w trudach został wypchnięty na świat Diaboł Boruta. 
Jak sami twierdzą, swój pierwszy koncert zagrali jeszcze przed Mieszkiem I (i wcale nie mam na myśli tego z Grupy Operacyjnej), ale do całej historii kapeli odsyłam Was tutaj
Folk metal w czystej postaci, czyli to co uwielbiam. Nawet śmiało można ich nazwać takim Wielkim Wybuchem w tym gatunku, bo nie znam drugiej tak dobrej kapeli i nie jest to tylko moje zdanie. 
W trosce o fanów i o to, żeby płyty się sprzedawały poświęcili swoje cztery litery i nagrali jeden z teledysków w styczniu, wtedy kiedy największy mróz i strasznie piździ po kalesonach. 
Nie mówmy o tym, że zdarzyło im się zagrać z playbacku, ale to dla TVN'u, to się nie liczy.
Najbardziej cieszy mnie chyba fakt, że nawet moja rodzicielka skrycie podkochuje się w tej kapeli, a "W moim ogródecku" z najnowszej płyty nuci pod nosem 24/7. 
Piękni lub nie, szarmanccy - jak najbardziej, pełni pasji do grania i wcale mi za te słowa nie zapłacili. 
Miałam okazję pomęczyć tych gości przez kilka minut, a na pytania odpowiadał mi Paweł Leniart i oczywiście swoje pięć groszy wtrącił Paweł Szczupak. 

- Ktoś kiedyś nazwał Was jakoś prześmiewczo?
- Borubary. Tak to było, kiedy nasz świętej pamięci prezydent mówił przy meczu piłkarskim, że grał Borubar - Boruc. Ktoś to kiedyś podłapał i to jedyne co mi przychodzi do głowy. 

- Jaki tak naprawdę jest Diaboł Boruta?
Rundu: Diaboł jest imprezowiczem. Szybki, agresywny, delikatny, powściągliwy i raptowny.
- A jaki jest, zobaczymy jaki będzie, bo na razie ma chęć na następną płytę. Zobaczymy co z niego wyjdzie, bo nareszcie ustabilizował się skład. 

-  Każdy zespół ma tam jakąś historię powstania, a u Was, gdyby nie Korpiklaani nie byłoby Diaboła?
- Tak, poniekąd tak. Trochę też Misteria, ale ona się później rozleciała. Ale do takiego folkowo metalowego grania to tak, Korpiklaani i "Vodka" usłyszana całkowicie przypadkowo. 

- Czy wykorzystanie utworów "Leśnik" Bohdanowicza, "Epos" Tuwima i wiele innych to sposób na brak pomysłów na teksty?
- To dlatego, że te wiersze są tak zarąbiste, a nigdzie się o nich nie mówi. Nie słychać Tuwima, oprócz tych "komercyjnych" utworów, tak samo jest z resztą, więc te teksty się gdzieś tam pojawiły. To pomysł, żeby je przypomnieć. Na tej nowej płycie są ściągnięte tylko dwa teksty, reszta to jakieś tam moje wypociny.

- Ta Wasz biografia, która krąży gdzieś w internecie, to Twoja sprawka?
- To wszystko prawda. To jest napisane przez historię i przez starych kronikarzy i nie ma żadnego ściemniania. 

- Mam rozumieć, że bitwa pod Cedynią i zabory to Wasza wina?
- Miedzy innymi, ale jesteśmy skromni, nie mówimy o tym. 

- W sumie to dlaczego zrezygnowałeś z pracy w szkole?
- Już mnie to denerwowało jeżdżenie, żeby posklejać etat, mała kasiura i cofanie się, gdy kolejny rok powtarza się to samo. Zaczęło mnie to nudzić, a jak się człowiek nudzi to stoi w miejscu. 

- Jak chcecie, żeby Was zapamiętano?
- Jeszcze nie chcemy być zapamiętani, staramy przypominać się na bieżąco i mam nadzieję, że to trochę potrwa. Jeśli kiedyś przestaniemy grać, to będziemy o tym myśleć, a póki co zaczęliśmy kombinować kawałki na następną płytę. A co do pamięci, to jestem niezmiernie wdzięczny Pani Janowskiej za zarąbiste życzenia urodzinowe i stawiam za to jogurt. Jeśli chodzi o zapominanie, bądź pamiętanie to jest na to rada - za dużo masła - za mało orzechów i sexów. I życzymy wszystkim małej sklerozy, również w stosunku do bliskich. 

Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko podziękować Diabołowi za cierpliwość, świetny koncert i miło spędzony czas. Panowie, wiem, że to przeczytacie, więc z góry mówię, jeśli przestaniecie grać, to Was znajdę, a nie będzie to trudne. 
Zapraszam do przeczytania innych postów. :)

czwartek, 1 grudnia 2016

Mów mi dobrze!

"Uwielbiam happysad za nieprzewidywalność, ciekawe, nieoczywiste teksty i elektryzującą muzykę. Każda kolejna płyta jest pewnym zaskoczeniem. Moim zdaniem jest to dość specyficzny zespół, bo jest wierny przede wszystkim sobie, swoim emocjom, a nie oczekiwaniom fanów. Dzięki temu wypracowali sobie duży szacunek wśród słuchaczy, ponieważ dzielą ich mile od komercji, a jest to tak rzadko spotykane" - Kasia, wierna słuchaczka zespołu od lat, która zgodziła się podzielić swoją opinią.
Czy można dodać coś jeszcze? Happysad od lat porywa tłumy, nie tylko swoimi tekstami, które faktycznie skłaniają do refleksji, ale też melodią, która sprawia, że aż chce się tańczyć czego doświadczyłam na koncercie. Mieli wzloty i upadki, pierwsze dwie płyty - sukces, trzecia trochę gorsza i nie jest to tylko moja opinia, ale później było już tylko lepiej. 
Jeśli zapytacie dlaczego taki tytuł, to właśnie przez ten utwór zaczęłam swoją przygodę z zespołem happysad i wcale nie był to tak wszystkim bardzo dobrze znany kawałek "Zanim pójdę", ale o nim później. 
Dawno nie byłam tak podekscytowana. Zna ich przecież cały kraj i nie tylko, a ja mogłam sobie z nimi porozmawiać na luzie. Na moją serię pytań odpowiadał mi wokalista kapeli Kuba Kawalec.

- Przy zakładaniu zespołu i tworzeniu swojego stylu na kim się wzorowaliście?
- Jedyne co mieliśmy to jakieś swoje ulubione kapele, swoje ulubione rzeczy muzyczne i jakąś taką małą bo małą umiejętność grania na tamten moment. Musisz sobie wyobrazić np. mnie, bo ja zaczynałem wtedy swoją przygodę z muzyką, chłopaka, który gdzieś tam się wewnętrznie rozdarł i jedyne czym mógł się wyrazić to piosenka i gitara i kilka akordów, które znał. To był jedyny środek artystyczny, w którym ja mogłem wykrzyczeć te swoje rzeczy. Tak to się zaczęło, nie było planu muzycznego, że my będziemy kogoś na scenie zastępować albo komuś wtórować albo będziemy się mieścić w jakieś ramy. Oczywiście, to co graliśmy wynikało z naszych umiejętności, ale z tego co też słuchaliśmy do tej pory, a słuchaliśmy raczej prostych, polskich rzeczy. To nam pewnie ułatwiło w procesie tworzenia, bo nie mieliśmy chęci ani potrzeby jakiś potwornie rozbudowanych utworów. Ale z czasem, kiedy to rosło nasze doświadczenie i liczba koncertów, co dalej jest zaskakujące dla nas, rośliśmy w doświadczenie, w umiejętności grania i teraz chcemy korzystać z tego jak najwięcej.
Nie było planu, nie było założeń muzycznych, wydaje mi się, że ciężko jest to zaplanować. Myślę, że są zespoły, które są jakimiś tworami marketingowymi, chłopcy z jakiś castingów. Całe szczęście coraz rzadziej się to zdarza, gdzie ktoś układa im przyszłość muzyczną. To jest dziwne, bo ja traktuję muzykę jako sztukę, jako jakiś autentyczny środek komunikacji z kimś, w tym przypadku z publicznością.

- Kiedykolwiek myśleliście, że jeden z Waszych albumów będzie na liście najważniejszych w historii polskiego rocka?
- Do tej listy trzeba mieć potworny dystans. Tę listę tworzyła gazeta “Teraz Rock”, która jest już lekko spulchniałą i spróchniałą gazetą, powinna się nazywać “Kiedyś Rock”. Tam jest garstka dziennikarzy, którzy faktycznie gdzieś tam nas docenili, to jest oczywiście miłe, ale w żaden sposób nie może być reprezentatywne. W ogóle żadna tak do końca recenzja dziennikarska nie może być w pełni reprezentatywna. To jest wycinek, jakaś czyjaś sugestia, jakaś opinia. W tym przypadku jest tam może ich dziesięciu i może sześciu, a nawet mniej zagłosowało na ten album. W jakiś sposób oczywiście to nas nobilituje, ale też bez przesady. My nie jesteśmy aż tak bardzo przywiązani do tego wyróżnienia jak np, do tego, że gdzieś tam te nasze płyty ludzie kupują, a już najważniejsze, że przychodzą na koncerty, to jest największe wyróżnienie.

- Zrobiłam wśród znajomych małą ankietę, nazwali Was kapelą depresyjną, zespołem dla nieszczęśliwie zakochanych, zbuntowanych gimnazjalistek. Zresztą, jest nawet ten żart, który odnosi się do Was i dwóch innych kapel.
- Kompletnie nigdy nie byli na naszym koncercie, dlatego to jest kompletna bzdura. Ja też chodziłem na koncerty kiedy miałem 15 lat. Ludzie często nie mają świadomości, że po stokroć lepiej, żeby ta młodzież, jeśli miałaby przychodzić na koncerty, to niech już faktycznie przychodzą na nas i zaczynają od kapel, które nie są wybitnie muzycznymi tworami, ale są na pewno szlachetniejsze, niż te rzeczy telewizyjne, które są dosyć, nie chcę nikogo obrazić, ale są trudne. Wracając do pierwszej części pytania, czy depresyjny, no tak, ale ja bym to podciągnął pod jakąś emocjonalność, to nie jest zamierzenie samo w sobie depresyjne, dla nas to jest kanalizacja swoich emocji, swoich jakiś tam lęków, niepokoi, zawsze tak było. To takie opowiadanie o rzeczach, które nas jako gatunek ludzki, ale też i osobiście spotykają w życiu, bardziej naznaczone negatywnie niż pozytywnie. Łatwiej się tak tworzy, poza tym nam to zupełnie nie przeszkadza. Ja uwielbiam smutną muzykę, smutne filmy są o niebo bardziej inspirujące niż jeden śmieszny żart powtarzany po stokroć. To nie jest nawet zarzut, a wydaje mi się, że komplement.  

- Jak czujecie się z tym faktem, że większość kojarzy Was tylko z utworem “Zanim pójdę”?
- Wiesz co, tak na dobrą sprawę ciężko się z tym zgodzić,bo wydaliśmy 6 płyt, każda z nich jest złota, część z tych płyt jest platynowa. Wydając płytę szóstą cały czas mamy mnóstwo ludzi na koncertach, oni nie przychodzą dla tej jednej piosenki. Ludzie, którzy nas nie znają słuchają radia, oglądają telewizję gdzie nigdzie nie jesteśmy puszczani, a jak już to tylko ten jeden utwór, to faktycznie, znają tylko ten utwór. Ja uważam, że ludzie, którzy znają nas z jednego utworu nie znają nas wcale. Dowodów na to, że ludzie nas znają mamy co tydzień co najmniej cztery, bo tyle gramy koncertów.

- “Smutni ludzie” to taki opis współczesnego świata?
- Większość piosenek opisuje współczesny świat przez pryzmat bohaterów wyalienowanych. Zawsze tak było, że występował jakiś podmiot liryczny, który w jakiś sposób odkleja się od rzeczywistości, obserwuje tą rzeczywistość ale do niej nie przystaje. To nie jest zaplanowane, ale tak mi się tworzy lirycznie. To nie jest wyjątek, jest mnóstwo takich scenek, które można podciągnąć pod jakąś tam refleksję społeczną.

- Myśleliście kiedyś, żeby zrobić album typowo śmieszkowy?
- My chyba nie umiemy (śmiech). Nie wiem, nawet takie piosenki, które wydają się być rytmiczne jak “W piwnicy u dziadka” czy “Damy radę”, to one i tak mają w sobie jakąś tam nutę goryczy. Byłoby nam trudno. Są zespoły, które świetnie się tym zajmują, jest Big Cyc, jest mnóstwo kapel, które opowiada dowcipy. Ja nie zakładam, że to się nie zmieni, może kiedyś dostaniemy zastrzyk pozytywnej energii i nagle trzepniemy płytę “10 pochwalnych hymnów życia” (śmiech).

- Wasi internetowi słuchacze twierdzą, że Wasz ostatni krążek jest porażką.
- Część tak, ale to źle o nich świadczy, bo się kompletnie nie znają. Ogromna część ludzi stwierdziła, że płyta jest bardzo dobra i z nimi się najczęściej spotykamy na koncertach. To bardzo dobra płyta, ale ludzie niestety nie są przyzwyczajeni do prostych rytmów. Ja nie uważam, żebyśmy za bardzo wybiegali poza formę piosenkową, jest może trudniejsza przez formę piosenek. Pozwoliliśmy sobie na bardzo dużo i cieszymy się, że mogliśmy to zrobić i będziemy z tej możliwości korzystać. To nie jest groźba wobec fanów, ale mamy ogromną radość, że masa ludzi tę płytę doceniła i nawet dla dużej części ta płyta stała się pierwszą. Cały czas powtarzamy ludziom, że chcemy korzystać z tego, co daje nam doświadczenie, co nam daje liczba zagranych koncertów, co nam daje liczba spędzonych godzin na scenie. Nie chcemy się absolutnie dusić w sosie, który stęchniał ileś lat temu. Nie wstydzimy się tych wcześniejszych piosenek, ale nikt z nas nie powie, że czuje się dobrze w ciuchach, które kupił sobie 10 lat temu.

- Od dwóch lat bez płyty, fani się niecierpliwią, kiedy coś nowego?

- Płyta jest praktycznie zrobiona, chcemy ją sobie dopieścić i nie chcemy się spieszyć tak jak przy poprzedniej, gdzie pośpiech okazał się być katastrofą. Mamy taki ambitny plan, żeby wydać w lutym. Unikamy jak ognia takich datowych deklaracji, bo później ludzie mają do nas żal, że coś obiecaliśmy, a nie zrobiliśmy. Mamy milion schodków do pokonania i na każdym możemy się wypieprzyć i spaść na sam dół, tak jak było przy poprzedniej płycie, więc powolutku. My też się niecierpliwimy, bo chcemy już grać te piosenki na koncertach, a mamy poczucie, że są naprawdę dobre.


Kubie bardzo dziękuję za poświęcony mi czas i przemiłą atmosferę. Panowie, widzimy się na następnych koncertach!
Zapraszam do przeczytania innych moich postów. :)